Faux-pas

Listek figowy..

Życie hotelu toczy się swoim rytmem: check-in, check-out, śniadanie, check-in, check- out… I nagle niebo się rozstępuje, ciężkie zasłony się rozsuwają, kwiaty w ogrodzie zakwitają egzotycznym kolorem, roznosi się lawendowy zapach. Bo wchodzą oni – trzej Francuzi. Ich trzech, nas cztery. No dobra ty masz dzisiaj wolne. Dlaczego ja?
A oni piękni jak marzenie. Leccy, uśmiechnięci, wybitni w uroku, rozkoszni w mowie francuskiej z domieszką łamanej polszczyzny. Jak to brzmi!!
Wszystkie jak jeden mąż, współmałżonek, cokolwiek, co stanowi jedno przynajmniej w naszej kulturze, nagle kochają swoją pracę,chcą robić śniadanie, rzeźbić croissant i fois grais. A w powietrzu wszelkie że słi, że tem, bon żur. Brakuje tylko sentymentalnego Joe Dassin w tle.
A im podoba się wszystko, o la la, villa, i na stole oliwa. No po prostu Paris… Paris lub Saint Tropez ale bez Brigitte Bardot.
Gdy proszą o serviette [czujecie ten tembrrrr], każda służy: serwetką papierową, krochmaloną, świeżo prasowaną, we wzory kaszubskie, niebieską lub beżową, haftowaną. Przerzucają się propozycjami.
Francuzi delikatnie zażenowani, skromnie zawaluowani, uśmiechem i gestykulacją próbują ujarzmić nad wyraz pomocne dłonie, przekonują nas wreszcie, że chodzi im tylko… o ręcznik kąpielowy! sic!

Szkoda ,że nie miałyśmy listków figowych.

Dodaj komentarz